Z pamiętnika hrabiny de Morney - Kolekcjoner.

Dzień dobry!

Ot, kolejny odcinek przygód Katheriny, publikowany z grubo ponad miesięcznym opóźnieniem.

MUZYKA - KLIK

Rześki poranek był idealny do rozbudzenia się przed łowami na osobnika z listu. Wuj określał go mianem "Kolekcjonera" ze względu na jego bardzo paskudne upodobanie do kolekcjonowania... ludzi z rodu de Morney oraz innych znaczących rodów (szkoda, że Drakenhoffa nie chciał sięgnąć). Zebrałam cały zabójczy sprzęt, jaki miałam przy sobie, przeczyściłam lufy, wszystko musiało chodzić jak w karsnoludzkim czasomierzu. Wuj założył na siebie kaftan wyglądający jak połączenie kolczugi z dubletem. "Twarde i zapewniające mobilność. Krasnoludzki pomysł jednak przy ich gabarytach taki pancerz o wiele lepiej sprawdzał się na ludziach. Może kiedyś opowiem Ci historię, jak go zdobyłem".

Spływ barką był nudny i długi. Poza napotkanymi po drodze dwoma rozbitymi barkami, zaatakowanymi najprawdopodobniej przez zwierzoludzi, nie działo się nic interesującego. Miało to oczywiście pozytywne aspekty. Udało mi się w spokoju omówić z wujem szczegóły wczorajszej audiencji u elektora oraz opracować wstępny kosztorys założenia manufaktury, oraz plan przebiegu turnieju na Święcie Vereny. Cieszyło mnie, że ten człowiek tak się zaangażował w ten pomysł. Z domorosłego rzemieślnika i nieco zastałego arystokraty przeobrażał się w prężną machinę gotową do działania. Imponowała mi ta wiosna jego życia, jaką udało mi się w nim wzbudzić.

Na wieczór dopłynęliśmy do przystani, w której zatrzymaliśmy się na noc. Stąd, rankiem ruszyliśmy na Furtzhausen. Przez deszcz, jaki spadł w nocy, nad ranem na drodze widać było ślady zwierzoludzi oraz czegoś, czego odcisk był wielkości mojej głowy. Jakkolwiek wielki nie byłby stwór wędrujący z tymi bandami, naprawdę musiał być ogromny. Aby nie zamarudzić na szlaku, bez ryzykowania zbędnych potyczek zaproponowałam mały wyścig wujowi, który bez problemów wygrałam. Gdy byliśmy już kilka kilometrów od bram wioski, a ona sama rysowała się już na horyzoncie, we wzgórze opodal uderzył piorun, a następnie rozdarł się stamtąd okrutny wrzask. Coś, co go wydobyło z siebie, nie mogło być zwykłym zwierzęciem. Jeśli to coś było potworem, którego odciski widziałam na szlaku, to lepiej było się stąd zmywać. Pogoniliśmy konie i po dłuższej chwili byliśmy już na miejscu.

MUZYKA - KLIK

W wiosce trwał aktualnie festiwal wiosny. Wszystko było przystrojone pstrokatymi ozdobami, ludzie chodzili szczęśliwi i upojeni alkoholem. Cóż, nawet chłopi potrzebują się czasem zabawić. Tym gorzej dla nas. Jeśli ten Kolekcjoner jest gdzieś tutaj, to pijane towarzystwo nie będzie zbytnio pomocne. 

Postanowiłam się rozejrzeć po okolicy. Wuj udał się do domu rodzinnego, ale ja chciałam zobaczyć, jak mocno zmieniło się albo i nie Furtzhausen. No i może udałoby mi się  trafić na drania, który tak bezczelnie poluje na de Morney'ów. Przechadzając się między chatami, oraz wielokrotnie odmawiając darmowego piwa, zauważyłam ciało leżące w stodole z otwartymi na oścież drzwiami. Było bez głowy, drgające w rozszerzającej się kałuży z krwi. Rana wyglądała tak, jakby ktoś silny wyszarpał ten witalny organ z reszty ciała. On jest tutaj. Jest na festiwalu. W te pędy wróciłam do domu. 

Pomimo radości mojej matki, jaką wywołał mój powrót, to jednak wszyscy mieli posępne miny. Seryjny morderca członków mej rodziny jest w wiosce. Zagrożenie jest ogromne. Jak silny musi być ktoś, kto od tak pozbawia ludzi głowy, wyrywając ją. W domu wszczęła się niewielka panika. Lokaje pomagali matce i ciotce pakować walizki. Wyjazd na trochę do Nuln wszystkim dobrze zrobi. Wuj nerwowo przechadzał się po przedpokoju. Ja widząc zapędy matki, do pakowania rzeczy absolutnie nieprzydatnych ruszyłam, by pomóc jej w selekcji.

MUZYKA - KLIK

Zaczęłam wbiegać po schodach, które nigdy wcześniej nie wydawały się aż tak długie. Kiedyś przesadzałam je na 4 susy a teraz jakby miały tysiące stopni. Każde drgnięcie ciała było wręcz pokonywaniem własnych mięśni. Mucha zaczęła spowalniać lot. Powietrze stało się gęste, wręcz nie do wytrzymania. Jakby się szło w okropnie gęstej brei. Ze świecznika na dole schodów usłyszałam magiczny trzask. Był to ten specyficzny rodzaj dźwięku, jaki jest niepodobny do niczego innego. Powoli odwracałam głowę wraz z resztą ciała, ręka sięgała do barku, na którym był zawieszony pas z muszkietem. Przykucając na schodach, chciałam złożyć pozycję do strzału w świecznik, ale moje działania sprawiały wrażenie, jakby miały trwać wieczność. Rozmowy, jakie były prowadzone w mieszkaniu totalnie ucichły. Mucha zatrzymała swój lot w powietrzu. Ze świecznika zaczęła wydobywać się ciemna breja szat i łańcuchów. Potwór w swej postaci tak wynaturzony i nienaturalny, że gdyby mi ktoś go opisał, to nigdy nie uwierzyłabym, że istnieje. To było potworne. Nie mogłam się ruszyć. Palec, który był na spuście, sprawiał wrażenie, jakby nie drgnął nawet o milimetr. Nie miałam jak się bronić. Nawet najgorszy strach, jaki odczuwałam w życiu, nie sparaliżował mnie tak jak to.


Źródło.


"Katherina de Morney... sądzę, że to Twoja głowa przyniesie mi najwięcej odpowiedzi."

Udało mi się nacisnąć na spust. Pierwszy w życiu raz miałam możliwość obejrzenia, jak kula w zwolnionym tempie, okręcając się wokół własnej osi, wylatuje z lufy. Postać w szmatach z łańcuchami zaczęła sunąć po schodach.

"K-kim jesteś? Czego tu chcesz?"

"Znasz me imię, chociaż nigdy nie było ono prawdzie, różnie na mnie wołają. Najczęściej... Kolekcjoner. Jestem aberracją, potworem nie z tego świata ani też z żadnego innego. Podobnie jak Ty de Morney, nie jesteś stąd. Może to Ty powiesz mi... czym ja właściwie jestem?"


Potwór wydawał się oderwany od rzeczywistości, wiedział dużo możliwe, że za dużo. Krótkotrwałe olśnienie przypomniało mi wydarzenia z Kuźni Przeznaczenia. Czy to możliwe, że z kaprysu bogów i innych prastarych potęg, Kolekcjoner był potworem, jaki stworzył się przy przekuwaniu świata?

Chcąc wykupić każdą kolejną chwilę życia niczym tonący człowiek, opowiedziałam mu o Kuźni. O tym, w jaki sposób powstał świat, w którym teraz jestem. Potwierdzający tym samym, przed samą sobą, że nie jest to mój świat. To nawet nie jest moja rodzina. Nawet jak mnie zabije, to przynajmniej nie zabiorę tej wiedzy do grobu.

"Zabawa w stwórcę jest niebezpieczna de Morney. Nadciągają złe czasy, wielu jest takich jak ja. Nie każdy tak wygląda i nie każdy będzie tak rozmowny. Wiedziałem, że Twoja rodzina ma pewne... odpowiedzi na pytania, jakie miałem. Ty jednak jesteś najlepszym nabytkiem do mojej kolekcji."

Jeden z jego łańcuchów z niebotyczną prędkością powędrował w stronę mojej szyi, jednakże jej nie sięgnął. Zatrzymał się tuż przed nią.

"Żywa jesteś dla mnie lepsza. Bez Ciebie nie rozwiążę tajemnicy swojego istnienia oraz pozostałych "braci-aberracji". Z kolei Ty nie pokonasz ich beze mnie." 


Łańcuch cofnął się tak samo szybko i zwinnie jak się pojawił.

"Kolekcjonerze, zawrzyjmy pakt."

Powoli skinął kapturem, pod którym skrywał głowę. Łańcuchy zabrzmiały złowrogo. Czas zaczął gwałtownie przyspieszać, kula coraz widoczniej oddalała się od wylotu lufy.

"Do następnego spotkania, de Morney". 



Za Skavenblight!
Viluir

Komentarze