Z pamiętnika hrabiny de Morney - Notatnik Drakenhoffa.

Dobry wieczór!

Oto kolejny wpis o przygodach pewnej hrabiny, co bardzo pragnie przejąć władzę w Klejnocie Imperium.


Źródło


Kolejny dzień to tylko kolejna rzesza wyzwań. Późne biesiadowanie w karczmie doprowadziło do obudzenia się w późnym południem. Wuja i jego córki nie było - udali się na targowisko. Pomysł wyprawienia się po więcej informacji i zapoznania się z cenami, jakie obowiązują w Nuln szybko przekułam w rzeczywistość. Po porannych czynnościach higienicznych przywdziałam swój strój podróżny, oczyszczony z plam krwi, i dziarskim krokiem ruszyłam ku dolnemu miastu. Niestety wczoraj zasłyszane informacje potwierdziły ceny rynkowe. Żywność była tragicznie droga. Ceny prawie jak ze stanu wojennego, a przecież to była tylko kwestia band zwierzoludzi w lasach, nie armii z całego Imperium, oblegającej miasto.

Na 18:00 miałam umówioną audiencję u elektora. Szybkie spojrzenie po sobie uświadomiło mnie tylko, w jak tragicznym stanie jest mój ubiór. To nie jest strój godny de Morney. Wróciłam z targu, upraszając wuja o drobną pożyczkę, na nową suknię (gdyż cały mój dobytek przepadł na trakcie w wyniku ataku zwierzoludzi) oraz dał namiary na krawca, u którego się zaopatrują. Dodatkowo dowiedziałam się, że przyszła wiadomość od ciotki, która udała się do swojej siostry do Furtzhausen w odwiedziny. Jeśli moje domysły są słuszne, to siostra mieszkająca w Furtzhausen jest moją matką w tym świecie, a w poprzednim była matką hrabiny de Morney. Cokolwiek jest w tym liście, może sprawić, że po audiencji wuj nie zwoła inkwizycji - sam spali mnie na stosie.

Rzeczony krawiec okazał się półelfem o wielce dobrym guście. Szybko i bez problemów uporał się z uszyciem nowej, pięknej i białej sukni, podkreślającej walory i kryjącej nadmierne wychudzenie trudami podróży. Do tego nowa para trzewików ze skóry, zapinanych na 3 klamry - 2 złote i ostatnią - ze złota barwionego miedzią. Nuta czerwieni dla nadania zadziorności. Odmieniwszy swój wygląd, zawołałam najbliższą lektykę i ruszyłam do pałacu.

Sala audiencyjna była inna niż ta, w której większość czasu spotykałam hrabinę. Samego elektora strzegło 4 ludzi gwardii pałacowej. Lata spędzone na wojaczce odbił się na jego wyglądzie. Surowe i ściągnięte rysy twarzy. Siwizna przyprószyła niegdyś kruczoczarne włosy. Utykał lekko na lewą nogę. Pewnie od źle zabliźnionej rany, jaką kiedyś musiał tam otrzymać. Skinieniem głowy przywitał mnie gdy weszłam do sali i ręką wskazał na stolik obok swojego biurka. Widać było po nim zmęczenie tego dnia. Cóż dziadku, już niedługo. Nie zamierzam doprowadzić do skrajnej dewastacji Nuln.

"W jakiż inny sposób można przysłużyć się Nuln niż uczciwie płacąc podatki? Można mu coś podarować. Moim podarunkiem jest technologia. Spędzając wiele godzin na eksperymentach w warsztacie, udało mi się stworzyć taką oto parę rewolwerów. Mają specyficzny typ amunicji oraz inną lufę niż zwykłe pistolety. Strzelają dalej, celniej, szybciej - po prostu lepiej. Chcę panie, abyś umożliwił, aby każdy, kto służy pod barwami Wissenlandu mógł być wyposażony w taką broń. Pozwól memu rodowi otworzyć Manufakturę, w której rozpoczniemy produkcję tej niesamowitej broni!"

Jak na starego wojskowego nowa broń przykuła jego wzrok i uwagę. Jedyne co mnie zmartwiło to ten sam wzrok, jakim na nie spojrzał. To było coś, co mówiło "już to gdzieś widziałem, ale nie wiem gdzie". Niedobrze. Kreacja i splatanie światów - coś musiało pójść nie tak. No ale grunt by ten stary osioł łyknął haczyk, który doprowadzi go do sieci jego własnej zguby. A ja będę stała daleko na brzegu i obserwowała ten połów.

"Chcę wykorzystać Święto Vereny do organizacji turnieju dla gildii rusznikarzy. Młodzi czeladnicy będą musieli wykazać się sprytem oraz wiedzą w kilku konkurencjach. Finałem będzie złożenie tej oto broni, którą ja uprzednio przygotuję. Najlepsi zostaliby zatrudnieni w manufakturze. Pomyśl panie o możliwościach, jakie to daje!"

Elektor nie miał nic przeciwko pomysłowi, chociaż poczucie deja vu, jakie wywołały w nim rewolwery, nie opuszczało go podczas reszty audiencji. Gdy większość szczegółów miałam już z nim ustalone i odpowiedziałam na zadane pytania, ruszyłam do drzwi. Na wyjściu usłyszałam tylko, jak szeptał półgłosem do strażnika "Przynieś dziennik mojego brata". Cholera jasna. Cokolwiek w nim jest, chcę wiedzieć co.

Z pałacu wyruszyłam prosto do siedziby de Morney. Wuj był mocno czymś zaaferowany. Okazało się, że list od jego żony miał tylko krótkie przesłanie i nie było ono groźne dla mojej głowy, przynajmniej taki mi się wtedy wydawało.

"On tu jest. Przyjeżdżaj jak najszybciej."

Najwyraźniej wuj wiedział, o kogo chodzi, bo tylko mocno zdenerwowany poprosił mnie, abym mu pomogła w dopadnięciu owego delikwenta. Miejsce na barce płynącej w górę rzeki mieliśmy już zarezerwowane. Nie mogłam odmówić człowiekowi, który jest dla mnie oparciem w tej rzeczywistości.

"Pomogę. Zabiję drania, jak go tylko dopadniemy. Obiecuję."


Za Skavenblight!
Viluir

Komentarze