46. Figurkowy Karnawał Blogowy - Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu (Nuln)!



Figurkowy Karnawał Blogowy to inicjatywa rozpoczęta przez Inkuba z bloga Wojna w Miniaturze. Gospodarzem obecnej edycji jest Quidam Corvus z bloga Danse Macabre.

Tematem obecnej edycji jest hasło Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Osobiście do hasła nie odniosą się pod kątem starożytności (np.: raport z Hail Caesar) a pozostanę w mrocznym świecie Warhammera. Spory czas temu zakończyła się pewna kampania, którą prowadził mój mąż. Moja postać w pewien epicki dla siebie sposób przeżyła przenosząc się do nowego świata (Świat-Który-Był wcale nie został zniszczony przez Skaveny a Świat-Który-Jest jest dobrze znanym nam z podręcznika z pewnymi.. hmmm zmianami). Katherina von Hirtzel (bo tak postać się nazywała) była arystokratką, kuzynką hrabiny de Morney, która w poprzednim świecie stała się elektorką Nuln, doprowadziła do odszczepienia Wissenlandu od Imperium, założyła Republikę (we współpracy z Estalią i Tileą), wygnała wszelkich możliwych kapłanów i szarlatanów z terenów pod jej władzą i generalnie, była to strasznie konkretna kobieta. Katherina była jej prawą ręką. Kimś kto był tam, gdzie ona sama być nie mogła.

Co to ma wspólnego z hasłem karnawałowym? Rzym jest celem, cel uświęca środki. Tutaj celem jest rzecz jaka rządziła nawet takim miastem jak Rzym - jest nim władza.


Przeskok pomiędzy Kuźnią a Starym Światem był krótki niczym uderzenie serca. Lądowaniu towarzyszył trzask łamanych gałęzi oraz kilka rozcięć na twarzy, otarć i siniaków. Byłam na obrzeżach lasu tuż przy głównym szlaku prowadzącym do Nuln. Wygramoliłam się z krzaków przepatrując kieszenie - rewolwery, muszkiet oraz kilka pomniejszych rzeczy osobistych było przy mnie - dobrze, jest nadzieja, że nie zginę po tym wszystkim z rąk byle oprycha. Chociaż na tych terenach czułam się jak ryba w wodzie, to jednak szaleńcy zdarzali się wszędzie. Rozejrzałam się jeszcze za Angusem i Jacobem po krzakach, ale nigdzie nie było ich śladów. Najwyraźniej wylądowali w innych miejscach albo mam w końcu od nich spokój. Ocierając rękawem twarz z krwi, ruszyłam czym prędzej ku bramom miasta.

Po dobrych dwóch godzinach żwawego marszu w pełnej swej karasie ukazał moim oczom klejnot Imperium. Jak zwykle o tej porze pod bramami zebrała się spora gromada ludzi - mieszanina wieśniaków i kupców pragnąca dostać się za mury. Na moście było rozstawione biuro celne. Przeciskałam się do przodu, widząc jak nerwowe spojrzenia kupców gasły w chwili spotkania wzroku z rewolwerami. Tak to był prawdziwy szczyt techniki. Jednakże przy samej kreacji światów coś chyba poszło mocno nie tak. To nie było to samo Nuln, jakie pamiętałam sprzed czasów Wielkiej Ekspedycji. To było jeszcze zapyziałe, imperialne Nuln. Cóż, jeśli znajdą się w nim właściwi ludzie na właściwych pozycjach to ten klejnot znów nabierze blasku!

Tak, kuzynka to była pierwszą osobą, jaką należało spotkać. W trybie natychmiastowym. Celnik po ujrzeniu sygnetu rodu de Morney nie robił problemu z przepuszczeniem przez bramę, jeszcze przysłużył się sprawie, gdyż przekonał kupca, którego przepuścił chwilę wcześniej, aby zabrał mnie na swój powóz i podwiózł do górnego miasta. Cóż, jeśli będzie przydatny możliwe, że kiedyś mu się odwdzięczę. 

Najemnicy z wozu patrzeli zaciekawieni na broń. Widać, że to nie są czasy, jakie panowały za podczas naszego pobytu w Miragliano, gdyż wtedy było już o tych cudach inżynierii głośno. Przejazd przez miasto umiliła rozmowa o trudnościach podróży z Bretonii do Imperium, okupiona kilkoma starciami w górach z goblinami. Cóż, mogłam tylko się uśmiechnąć na te "trudy podróży", mając w pamięci wydarzenia ostatnich dni. Dziękując, za odstawienie do górnego miasta, ruszyłam w stronę pałacu elektorskiego. I... widząc to, co mnie otacza, miałam nadzieję, że zastanę w nim tego, kogo pragnęłam tam spotkać. Im głębiej zapuszczałam się do Nuln, to tym bardziej wszystko wydawało się tu obce, dziwne, niepasujące w swoje miejsca. Jakby ktoś pomieszał kilka ciast i ulepił z nich jedno. 

Na głównym placu górnego miasta zebrała się spora grupa szlachty i arystokratów otaczająca podwyższenie. Na nim stał odziany w skórzany płaszcz jegomość, którego twarz osłaniał kapelusz oraz maska. Łowca czarownic... Cóż, kogokolwiek właśnie nie zamierza podpalić, nic nie jest w stanie uratować biedaka. Do pala w stosie był przywiązany jakiś wychudzony młodzieniec, z obłędem w oczach krzyczący "ONI I TAK NADEJDĄ". Kimkolwiek nie byliby oni, on na pewno nigdzie już nie pójdzie. Łowca kończąc odczytywać wyrok, podszedł do skazańca i sprzedał mu ładny cios w serce swoim sztyletem, by następnie rzucić w stos pochodnię. Szaleniec spalony - gawiedź ucieszona. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego łowca odprowadził mnie wzrokiem pod same mury pałacu. W sytuacji, w której kuzynka nie była jeszcze u szczytu władzy, narażanie się łowcom było bardzo złym pomysłem. Może i ród de Morney był jednym z bardziej wpływowych jednakże, gdy sprawa dochodziła do tych świętojebliwców, nic nie było w stanie komukolwiek pomóc. Podobnie miała się sprawa z nieszczęśnikiem z placu. 

Jedyny problem, jaki dotyczył straży pałacowej, nie polegał na tym, że nie chcieli mnie przepuścić. Mieli na piersi herb Drakenhof. To znaczy, że kuzynka nie jest u władzy w Nuln i to już jest kłopotem. Aby zachować pozory, z dumą właściwą krwi, jaka we mnie płynie udałam się do biura pałacowego i zapisałam na audiencję na następny dzień "w sprawie święta Vereny". Zbita z pantałyku sytuacją w mieście nie miałam w zanadrzu innego i lepszego pomysłu, jaki można by podać na bilecie audiencyjnym. Po wyjściu z pałacu zostało ostatnie miejsce, gdzie mogę zastać kuzynkę albo chociaż wieści o niej. Była to siedziba rodu de Morney. 

Miejsce w dzielnicy arystokratów, chociaż znajdujące się nieco na uboczu. Jeśli ktoś nie wiedział, jak tam trafić, to mógł to przejść koło uliczki wjazdowej, nie zauważając, dokąd ona prowadzi. Sama poszłam troszeczkę na wyczucie, gdyż ostatni raz zapuszczałam się tutaj ponad rok temu. Wtedy po prostu większość spraw załatwiałam z nią listownie lub też na audiencjach. Od czasu ostatnich wydarzeń nie ukrywam - tęskniłam za nią i jej charakterem. Byłam tym typem człowieka, o jakim się nigdy nie zapomina. 

Siedziba rodu de Morney wyglądała tak, jak ją zapamiętałam. Niby niepozorna, ale pełna sprytnych mechanizmów i "bocznych wyjść". Strażnik przy bramie nie miał problemów z przepuszczeniem mnie po okazaniu sygnetu jednakże, robił to samo dziwne spojrzenie, co kilku innych ludzi przed nim. Sprawiali wrażenie, jakby mnie już widzieli, ale nie mogli rozszyfrować gdzie oraz kiedy. Wydaje mi się, że to wszystko sprawa scalenia światów, ale nie jestem uczonym. Ja tylko próbowałam naprawić to, co nasza dumna trójka zepsuła. Nie będę tęsknić. Mam nawet skryte nadzieje, że nigdy się ponownie z nimi nie spotkam. Ilość problemów, jaką potrafili wygenerować w ciągu kilku chwil była wręcz niepojęta. 

Drzwi do posiadłości uchylił znany mi lokaj, który zmierzył mnie tym samym wzrokiem "gdzieś cię już widziałem". Na drugim końcu korytarza pojawiła się wysoka i barczysta postać mężczyzny z rękami usmarowanymi jakimś czarnym mazidłem, z daleka wyglądającym jak mieszanina prochu i smaru. 

- "Dzień dobry tato, nie mów, że nie poznajesz swojej córki!" - nie miałam pojęcia, jaka siła kazała mi się wydrzeć na cały dom, a serce wypełnił gorący entuzjazm. Z chęcią rzuciłabym się mu na szyję, ale resztki braku zaufania do całego świata połączone z dworską etykietą wszczepianą od małego sprawnie powstrzymywały mnie od tego ruchu. 
- "Tato? Kuzynka widzę w dobrym nastroju, jak mogę Ci pomóc drogie dziecko?" - skonfundowany mężczyzna szybko obrócił powitanie w żart, a zza jego pleców wyjrzała mała dziewczynka, z butną miną i zadziornym spojrzeniem "Tato, kto to jest?" - zapytała. 

To byłam ja. Ja sama. Ja 12 lat temu. Moje mniejsze ja. Kim ja byłam zatem. Kim byłam do cholery, że ci wszyscy ludzie gapili się tak na mnie? To nie może tak działać. To się nie dzieje naprawdę. To tak nie może być. Przecież stoi przede mną mój ojciec, jakiego pamiętam. Chociaż... czy naprawdę to on? W sumie to znałam go tylko z opowieści. Matka nigdy mi nie pokazała żadnego jego portretu. Jednak to on. A ta mała istotka to ja sama. Co się tutaj stało do cholery?!

"Aaa..ee.. tak tylko, oj no żartowałam sobie. Tak wiele czasu się nie widzieliśmy, od ostatniego święta Vereny mija prawie rok. Mogłeś zapomnieć, jaki ze mnie czasem dowcipniś" - na potwierdzenie swych słów filuternie puściłam do niego oczko. Cieszyłam się też, że w korytarzu panuje lekki półmrok, gdyż analizując to, co się dzieje w tym świecie, blady strach padł na moją twarz. Wszystko się musiało poodwracać w momencie tworzenia. Dlaczego nic nigdy nie może się po prostu udać i zawsze muszą być jakieś komplikacje?

"Co doprowadziło twe ręce do takiego stanu? Może pokażesz mi, nad czym obecnie pracujesz? Mam też tutaj całkiem fajny sprzęt - klepnęłam się po rewolwerach - prototyp, mojego autorstwa, to między innymi z tego powodu tutaj jestem. Może chcesz je przetestować, jak się sprawdzają w boju, zanim rozłożymy je na części?"

Ojciec, który udawał mojego wuja, wciąż pozostając nieco zmieszanym, zainteresował się bronią, jaką miałam przy sobie. Gdy wychodziliśmy na podwórkową strzelnicę, ochoczo opowiadał o swoich nowych projektach i prototypach. Szybkostrzelność oraz precyzja, z jaką waliły rewolwery, zdobyła jego głębokie zainteresowanie nimi oraz uznanie do mojej osoby. Potrzebowałam oparcia, a on był doskonałym do tego materiałem.

Po kolacji wybrałam się na miasto. Nocną porą w karczmach można gamblować i tym samym dowiedzieć się wielu ciekawych informacji. O ile udało mi się wygrać złotą koronę o tyle informacje o cłach, podatkach i zbieranej armii były od niej o wiele cenniejsze. To nie jest Nuln, w jakim chcę żyć. Muszę je zmienić. Jeśli nie ma w tym świecie, w tej rzeczywistości, hrabiny de Morney znanej z mojego starego świata, to ja się nią uczynię i doprowadzę to miasto do chwały, jaką miało za jej dni. Z tym myślami odpłynęłam na łóżku w objęcia Morra. O ile on kiedykolwiek istniał. Rozpoczęła się batalia o wpływy i władzę.


Wpisy z kolejnych sesji będę publikować pod tytułem "Z pamiętnika hrabiny de Morney...".

Za Skavenblight!
Viluir

Komentarze

  1. Nie powiem, ciekawe. :)

    Jak dobrze rozumiem, to kampania WFRP?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, na zasadach 2. edycji.

      Usuń
    2. Czekam zatem niecierpliwie na kolejne wpisy. :)

      Usuń
    3. Już niedługo :-) Akurat te sesje to solówki więc łatwiej ugadać graczy niż przy ekipie :D

      Usuń
    4. Ten problem znam bardzo dobrze, drużyna liczy 7 graczy, a zebrać 3 jest sztuką.

      Usuń
    5. U nas ekipa liczyła 3 graczy + MG i albo były sesje co tydzień albo robił się dramat.

      W swoim 11 letnim życiu erpegowym przerabiałam już przeróżne ekipy, od właśnie takich, że jak w zegarku po takie gdzie sesje były raz na 100+k100 dni.

      Swoją drogą podziwiam za tak liczną ekipę. Najwięcej co udało mi się zagrać to łącznie 5 osób (i czasem miałam wrażenie, że brakowało dla niektórych graczy czasu na sesji). Dlatego osobiście najbardziej preferuję granie w 3-4 osoby. Łatwiej dogadać i jest masa czasu na smaczki fabularne.

      Usuń
    6. Ja obecnie prowadzę Wewnętrznego Wroga, a większa drużyna to większa szansa, że 3-4 graczy się stawi i ten raz, dwa razy w miesiącu będzie można zagrać.

      Usuń

Prześlij komentarz