Z pamiętnika hrabiny de Morney - Futro i polityka.

Dzień dobry!

Następny wpis z przygód pewnej arystokratki.


Kula od muszkietu wbiła się we framugę, uszkadzając wcześniej wazon, który matka tak strasznie chciała zabrać.

"Co się tam stało Katherino?!" - zapytał wuj.

"A to tylko muszkiet wypalił, sam wiesz, jak to jest z bronią prototypową."

"Co się tam stało" – wydarła się matka.

"Nic się nie stało – niewypał" – odkrzyknął jej zmęczony dyskusją wuj.

"No jak nie wypał jak wypaliło"- bo baby muszą mieć ostatnie zdanie.

"No przecież mówię... a nieważne, pakuj się!"

Kula utkwiła zbyt głęboko, aby można było ją bez dłuta wyjąć. Schodząc ze schodów, przeszłam do salonu oglądając kandelabr, z którego wyłonił się Kolekcjoner. Wyglądał tak samo zwyczajnie i normalnie jak przedtem. Nie wiem, jakiej magii on używa, ale ma chłopak talent.

Obecność Kolekcjonera we wsi wzbudziła w nich panikę. Na szczęście udało się ją przekierować w zorganizowaną siłę załadunkową. W ciągu dwóch godzin większość z najistotniejszych rzeczy dobytku została załadowana na dyliżans, który wyraźnie siadł na osiach od obciążenia. 


Ruszyliśmy do Nuln. Rzucając pełne podejrzeń spojrzenia na każdego człowieka, na każdy mroczny kąt. Nawet krzaki róż rosnące tu od pokoleń, sprawiały wrażenie, jakby mogły skrywać mordercę.

Mniej więcej około pół godziny później dojechaliśmy do karczmy, co istotne - otoczonej ostrokołem. Na placu była masa wozów, od transportowych po kupieckie. Poddasze karczmy miało okna strzelnicze. Najwyraźniej zwierzoludzie się tutaj sporo naprzykrzali, że właścicielowi przybytku aż tak opłacało się zadbać o bezpieczeństwo podróżnych. W całym zgiełku gdzieniegdzie przemknęli się ludzie w pancerzach stojący wokół ostrokołu. Nie patyczkują się tutaj. 

"Każdy chce porozmawiać z każdym, ale wszyscy wiemy, że są osoby priorytetowe. Wujku, kiedy ostatnio jadłeś z ciocią kolację przy świecach?" - z filuternym uśmiechem oraz kuksańcem zachęciłam, aby ta para spędziła ze sobą trochę czasu. Sama z matką udałam się do wynajętego pokoju, aby w spokoju od gawiedzi siedzącej na dole, zjeść kolacje, oraz położyć się spać.

To była pierwsza noc, gdzie odświeżona położyłam się do łóżka, wiedząc, że się wyśpię. Po raz pierwszy od długiego czasu.

Jako pierwsza przywitałam chłód poranka. To była ta pierwsza noc, ta pierwsza przespana noc, dająca odpoczynek. Leniwie wstając, uchyliłam okno i naciągnęłam pierzynę na chrapiącą matkę. Powolutku zaczęłam się ubierać, spoglądając na kołyszące korony drzew. Rześkie powietrze wpadające przez uchylone okno bardzo skutecznie rozbudzało. Tylko widok z okna był niecodzienny. Skaveny. A dokładniej jeden skaven - oparty o drzewo na skraju lasu, patrzący się w stronę karczmy.

Licząc na lepszy widok z góry, wdrapałam się po drabinie na poddasze. Strażnicy, jacy pilnowali z tej pozycji karczmy, skłonili się lekko i wrócili do wyglądania przez okna. Cóż z tego, skoro stąd nie było nic widać. Za ostry kąt, aby zobaczyć coś z tej perspektywy. No nic to, trzeba ruszyć na polowanie. 

Dosłownie kilkanaście kroków od palisady, na obrzeżach lasu, znalazłam dwa ciała zwierzoludzi. Nie zdążyli wyciągnąć broni, nim spotkała ich śmierć. Nie była ona jednak zadana kuszą czy muszkietem. Mieli ślady cięć od halabard. To był szybki i precyzyjny atak. Skaveny zrobiły naprawdę dobrą robotę. Tylko czego tu szukają?

Wszelkie ślady po obozowisku zostały skrzętnie zatarte, gdyby nie to, że zobaczyłam jak jeden z nich stoi tu pod drzewem, to bym nawet nie wiedziała, że tu były jakieś szczury.

Jak pech to pech. Mając w zapasie około 2 godziny, nim wszyscy wstaną, ruszyłam wgłąb lasu, kierując się w stronę Nuln. Przynajmniej upewnię się co do części dalszej naszej drogi. A jak trafię na jakieś ślady - tym gorzej dla nich.

MUZYKA - KLIK

W pewnym momencie niedaleko od drogi znajdowało się opuszczone obozowisko cegielników. Doły z gliną i piachem  były mokre od rosy. W nich było odciśniętych kilka szczurzych stóp. Ślady były świeże i kierowały się w tę samą stronę, w jaką zmierzałam. Za jednym z dołów był pniak drzewa a na nim hełm. Hełm stromvermina, który opierał się o drzewo kilka metrów dalej. Reszta jego pobratymców wyszła z cienia drzew. Byłam otoczona.


Źródło.


"Mówi ktoś z Was w reikspielu?" - głośno i wyraźnie akcentując każde słowo, chciałam rozmową kupić sobie więcej czasu, aby móc lepiej ocenić sytuację. 

"Tak-tak! Prawie wszyscy!" – znad mej głowy syczącym głosem odpowiedział jeden z nich. 

Sytuacja była patowa. Ruch w którąkolwiek ze stron mógł być równoznaczny z posiepaniem na kawałki. Jednakże, gdy ten świat powstawał, a stary ulegał totalnej anihilacji, udało mi się "wpuścić" do niego Rogatego Szczura - przeklętego szczurzego boga. Dostał tamten świat, w zamian tworząc coś w formie paktu. Co prawda obietnice i pakty u skavenów są po to, by je łamać, ale może tym szczęście mnie całkiem nie opuściło. 

Skierowałam rozmowę na tory, jakich się nie spodziewali. Chciałam współpracy, a udowadniając swoją dobrą wolę, oferowałam swoją pomoc. Tym samym okazało się, że tropią potwora, jakiego mijaliśmy z wujem w drodze do Furtzhausen. Naprostowałam ich ścieżkę, w zamian dostając od nich token.

"Jak ty chcieć gadać-gadać, to ty musieć umieścić-położyć to w kanałach w Nuln. Wtedy będzie kontakt." Mówiąc to stormvermin sięgnął po hełm z pniaka i udał się między drzewa, znikając wśród nich równie szybko co i reszta bandy. Cieszyłam się. Przeżyłam, i miałam klucz do drzwi pod-imperium. 


Nie miałam tutaj nic więcej do roboty. Słońce wstawało coraz wyżej, należało wrócić do karczmy, aby czym prędzej ruszać do Nuln. 

Wszyscy ziewali i narzekali na porę pobudki, zwłaszcza wuj z ciotką. Z tego, co przez ścianę dało się słyszeć, to ucztowali do późna, nie szczędząc przy tym alkoholu. Jedno wspomnienie o maniakalnym mordercy wystarczyło, aby przyspieszyć ich działania. Chociaż dostałam od Kolekcjonera zapewnienie, że na razie nie będzie polował na de Morney'ów, to jednak nieinformowanie wszystkich o tym, było skutecznym poganiaczem. 

Jadąc traktem natknęliśmy się na pozabijane warbandy zwierzoludzi. Nie była to kwestia jednego czy dwóch osobników. To były grupki liczące od dziewięciu do piętnastu osobników. Wszystkie zabite w ten sam sposób. Brutalne cięcia halabardami. Spora część nie miała nawet wyjętej broni, tak jakby wpadli w zasadzkę. Skaveny robiły dobrą robotę, polując na nich. Przy jednym zwierzoludziu znalazłam coś, co mogło dla niego robić za wykałaczkę, ale dla mnie było naprawdę starannie wykonanym rapierem, z wybitym cechem rzemieślników z Middenheim. Może być dobrą ozdobą mego boku, a tutaj by się tylko zmarnował.

Trakt był stosunkowo pusty. Raz na jakiś czas mijaliśmy jakieś wozy kupieckie. Do miasta zdążymy na pewno przed wieczorem. Jednakże podróż to dobry czas, aby pogadać. Najlepiej o polityce. Wyrównałam konia, aby móc swobodnie rozmawiać z wuje, który w tym czasie powoził całym dyliżansem. 

"Wiem, że moja osoba zadaje więcej pytań, niż udziela odpowiedzi, ale muszę to wiedzieć. W jaki sposób Drakenhoff został elektorem? Jest opieszałym władcą, zobacz, wszędzie walają się martwi zwierzoludzie i wcale nie zostali zabici przez patrole przepatrywaczy dróg tylko przez szczuroludzi. W mieście ludzie skarżą się na podatki. Kupców też nie jest tyle, co niegdyś. Nuln podupada a przecież to Klejnot Imperium. Cóż on takiego uczynił, że ktoś zechciał do wsadzić na to stanowisko?"

Wuj posępniał, widząc nadchodzący kolejny trudny temat. Na dodatek niebezpieczny, bo polityczny. 

"Cóż, miał poparcie generałów. A tych, których poparcia nie miał, przekupił odpowiednio ciężkimi mieszkami. Gdybym sam miał taki majątek, a on by zmarł, to też mógłbym się starać o elektorski stołek. Pytanie tylko po co? Po co zastawiać cały rodzinny majątek ,by wątpliwie zainwestować go w politykę. Zresztą wiesz, jak to działa... Katherino..."

"Co zatem z manufakturą? Sprzedaż broni i politykę dzieli cienka czerwona linia."

"Katherino słuchaj, jakbyśmy mieli wojnę ze Stirlnadem, i sprzedawałbym im bron, to byłaby polityka, jakbym sprzedawał je orkom, to też by było polityczne. Tak długo, jak produkuje broń w Nuln, i sprzedaje ją w Nuln, to jest to rzemiosło. Bez polityki. Do tego dobrym wyjściem z sytuacji byłyby faktorie handlowe u naszych sąsiadów, wtedy też ominęlibyśmy aspekt polityczny oraz cła, jakie Drakenhoff narzucił. Można pomyśleć o Księstwach Granicznych, Tilei, Estalii. Może nawet udałoby się coś wykombinować z Bretonią. Tylko z nimi stosunki mamy ochłodzone. Niby sobie wzajemnie do gardeł nie skaczemy, ale też o sympatii nie może być mowy.

Na ogół rzecz biorąc, zgadzałam się ze słowami staruszka. Potrzebowaliśmy manufaktury do produkcji broni. To otworzy drogę na nowe zyski. Faktorie umożliwią nam swobodny handel i ominięcie zabójczych ceł. Inwestycja, która nie mogła się nie udać. Dodatkowe bonusy to natychmiastowy wzrost szacunku u szlachty. Każdy w Nuln, kto ma manufakturę albo odlewnię, fabrykę lub cokolwiek w tym stylu, natychmiast zyskuje poważanie. Można tym się wręcz wkupić w szlachtę. Nuln to miasto z inżynieryjną tradycją. Tutaj każdy, kto jest twórcą, cieszy się szacunkiem. Szkoda tylko, że jest to w dzisiejszych czasach miecz obosieczny. Zapalona gildia piromanów, zwana potocznie "inkwizycją" lubi sobie zaglądać w takie miejsca. Zabobonne głupki. Myślą, że technologia sieje chaos i spaczenie w sercach. Inkwizycją też trzeba będzie się zająć. W swoim czasie. 

Reszta podróży to było tylko omawianie możliwości i szczegółów jak zapewnić sobie transport, magazyny, czy opłaca się mieć swój, czy go wynająć. Jak zabezpieczyć się przed kradzieżą technologiczną. Co z transportem morskim? Wszelkie ekonomiczne problemy, z jakimi boryka się każdy na początku inwestycji. 

Rozpatrując różne warianty, przypomniało mi się, o istnieniu kupca, jakiego spotkałam przy bramie Nuln, kilka dni temu. Victor Louches mógłby być pomocny, w transporcie towarów, i jego spieniężeniu. Rzucając stwierdzeniem, że na kolację będę spóźniona, pogoniłam konia między uliczkami górnego miasta Nuln, wprost przed dom owego kupca. Rozmowa była krótka i treściwa. Szybka propozycja spotkania się jego i wuja a by omówić "pewne interesy w granicach legalności", dodatkowo łechcąc jego ego, zaproszeniem na bal elektorski wydawany z okazji Święta Vereny. Odpowiednie struny zagrały, Victor jak każdy kupiec, łasy na pieniądze, zacierał ręce na nadchodzący interes. Kolejna rybka wpadła do stawu machinacji politycznych. 

Kolacja w dworku była wyborna, chociaż niemiłosiernie długo się przeciągała. Każdy zadawał masę pytań, wszyscy byli podekscytowani szczęśliwym zakończeniem podróży. Było to wręcz nieznośne z perspektywy tego, ile jeszcze tego wieczora miałam do zrobienia. Należało odwiedzić kanały, aby nawiązać szerszą współpracę z małymi przyjaciółmi. No i warto byłoby utworzyć kontakty z półświatkiem, które zawsze stanowią wsparcie przy wywrotach politycznych.


Odczekałam do północy, po drodze wykonując charakteryzacje osoby, której na twarz ktoś wylał bardzo wrzący rosół i tak kilka razy. Do przywdziałam starą maskę balową i mocno złachmanione ubranie podróżne, na którym mi już nie zależało. Wzięłam jeden z rewolwerów, nóż, skaveński token i ruszyłam pod osłoną nocy do kanałów.

Pomimo całonocnej warty w tym jakże cuchnącym miejscu, nic większego od zwykłego szczura nie pokazało się moim oczom. Zmarznięta, zmęczona wyryłam tylko symbole ze skaveńskiego tokenu na ścianie kanałów i uciekłam do posiadłości, nim jakieś ciekawskie oczy dopatrzyłyby się pod przebraniem mojej persony.

Skoro mali przyjaciele byli zbyt nieśmiali, by w nocy nawiązać kontakt albo ja popełniałam w tym jakiś błąd, to należało spróbować uderzyć w te miejsca, które należało odwiedzić za dnia. 


Zaraz za bramami miasta był tor wyścigowy, na którym ludzie o różnych celach w życiu spotykali się. Jedni, by popatrzeć na piękne rumaki drudzy, by uczynić z tego swój zarobek, w formie zakładów. Jeśli chciało się nawiązać kontakt z półświatkiem to było jedno z tych miejsc gdzie można było dostać wskazówki "gdzie szukać ludzi, którzy znają innych ludzi". Wzięłam młodą wraz z końmi i pojechałyśmy na tor "niby się pościgać." Młoda Katherina okazała się całkiem sprawnym jeźdźcem. Chociaż początkowo przegrywała pojedynek, to na ostatku zdążyła spiąć konia dość sprawnie by przegonić mnie i wygrać wyścig. Na trybunach praktycznie nie było ludzi innych niż z obsługi stajennej oraz jednego pstrokato ubranego szlachcica, który przyglądał się całemu zdarzeniu. Gdy Katherina zajęła się końmi, zagadałam z owym człowiekiem. Od razu wiedział, że wyścig nie był moim głównym celem, dla którego tutaj przybyłam. Jak najbardziej był to jeden z tych, którego szukałam. Dał mi namiary do karczmy, w której mogę spotkać się z odpowiednimi ludźmi. 

Wieczór oznaczał kolejną wyprawę do kanałów. Trzeba sprawdzić, czy może skaveny trafiły na ślad jaki zostawiłam na ścianie. Po północy ruszyłam do kanałów, owinięta w opończę, z charakteryzacją na twarzy. Nikt nie może mnie rozpoznać!

Skaveny tym razem pojawiły się. Była to liczna grupa schowana w ciemnościach, tak że można było tylko o ich ilości wnioskować z par czerwonych ślepi. Dogadywaliśmy się przez jednego ich "tłumaczy". Zadanie o tyle trudne, o ile ich reikspiele był tak łamany, że szybciej byłoby porozumieć się z pijanym kislevitą. Początek dobrej współpracy miało stanowić 10 spacz-tokenów, dostarczonych do kanałów, żadne inne opcje nie wchodziły w grę. Pierwszy ruch miał należeć do mnie. 


Wróciłam do siedziby rozmyślając, jak uzyskać substancję na tyle zakazaną, że jest ona pewnym biletem na stos. 


Za Skavenblight!
Viluir






Komentarze